************************
(ON)
Ludzie mnie denerwowali. Nawet nie tylko, gdybym mógł wybiłbym ich wszystkich.
Nie tylko z racji tego, czym byłem.
Potężnym, mrocznym bytem, teraz bezbronnym bardziej niż niemowlę.
Uwięzionym, niewidocznym, przepełnionym żądzą krwi dla ludzi, którzy uwięzili mnie, zdawałoby się, eony lat temu, mogącym jedynie biernie obserwować obskórność tego świata, nie mogący chociażby opluć widzianej przez siebie głupoty.
Najgorszą karą tej sytuacji była nieustająca nuda, niemoc zrobienia czegokolwiek nowego.
Jakże tęskniłem za poczuciem władzy i błagającym wzrokiem ofiar, wpatrzonych we mnie z paraliżującym przerażeniem.
Jedyną rozrywką było oglądanie tych krowich, bezmyślnych, ludzkich oczu.
Istoty jakże marne, tym głupsze, iż mające siebie za bogów.
Trochę mi zajęło zrozumienie ich postępowania. Nie było żadnej wielkiej tajemnicy, którą wszyscy znali. Postępowali głupio, bo byli głupi.
Nie wiedzieć kiedy, spostrzegłem, że byłem w znanym sobie miejscu. Nie wiedząc kiedy, automatycznie tu wracałem.
Do tego okna, do tego światła, do pewnego miejsca, w którym były widzące oczy.
Oczy kobiety.
Bez żadnego krowiego wyrazu patrzące w prawdziwy obraz realizmu, nie odwracające wzroku.
Przyglądałem się jej od kilku już lat.
Jak płakała, szalenie i radośnie się śmiała, lub kłóciła.
Nie ważne, co robiła, zawsze był w niej jakiś smutny spokój.
Jakby wiedziała, że nic nie ma znaczenia.
Jakby pamiętała nieustannie o przemijaniu wszystkiego, i samej siebie.
Te oczy, jakże melancholijne i jakże piękne w swym smutku.
Moje więzienie stało się jeszcze bardziej nieznośne. Mimo tego, kim byłem, jakże mocno chciałem ją zapytać...
Tylko o co?
Skąd w niej ta odwaga, by patrzeć nicości w twarz?
Sam nie wiedziałem.
Tym razem rozmawiała wzburzona, lecz spokojna, z jakimś mężczyzną.
Trzasnęły drzwi, kobieta została sama.
Wpatrywała się szklanymi oczyma w płomienie kominka.
Westchnęła, przejechała ręką po rozgrzanej skórze szyi, poruszyła się, wstała i usiadła na parkiecie przy palenisku.
Objęła się rękoma, i siedziała tak zagapiona w znajomy tylko sobie obraz.
W kąciku oka powoli zbierał się płyn. Zapatrzony chłonąłem każdą sekundę, jakby była godziną.
Cichy odgłos spadającej pojedynczej łzy, jawił się dla mnie jako grom.
Pojawiło się we mnie coś, czego nie rozumiałem.
Coś, co bolało. Lekarstwo na ten ból było jakże blisko, a jakże daleko.
Nieosiągalne.
(ONA)
Dzisiaj znów pokłóciłam się z Filipem.
Czułam się taka bezwartościowa, moje słowa nic go nie obchodziły
Nie widziałam już w jego oczach ani grama szacunku, dawnego podziwu dla mojej twórczości.
Stał się obcy, nieosiągalny.
Zapatrzyłam się w płomienie kominka.
Wiedziałam, że ta łza, była łzą ostatnią.
Wytarłam oko i zamknęłam pustce drogę do swojego serca.
Chciałam poznać wreszcie kogoś, kto patrzyłby na ten świat jak ja.
Osobę, która dostrzegałaby całą tą nędznotę i żałosność.
Która szukałaby piękna, mimo, iż poczucie szczęścia było tylko kolejną dawką narkotyku, zakrywającą chwilowo całą tą banalność rzeczywistości.
Kątem oka zobaczyłam jakiś cień.
Znów, po raz kolejny, w moje żyły wystrzeliła adrenalina strachu przed nieznanym.
Zdarzało się to już zbyt często. Może miałam nawiedzony dom?
Choć nie wierzyłam w duchy, ani inne tego rodzaju bzdety.
(ON)
Poczułem jak spadają ze mnie okowy więzienia.
Jak to możliwe?
Nałożona na mnie kara miała mnie więzić do końca świata i dalej,
Znalazłem odpowiedź, pojawiła się w mojej głowie samoczynnie.
Nie byłem już tym, którego uwięzili.
Żądza zemsty znikała, zastąpiona współczuciem do tej nieznanej, smutnej kobiety.
Nie byłem już uwięzionym demonem.
Stałem się człowiekiem. Doprawdy, kara Starszych była nieprzeciętna.
(ONA)
- Kim jesteś?- zapytała mnie przerażona.
Nie pamiętałem, jak się mówi. Głos pojawił się sam.
- Niiiiiieeeee wiem...
Zapatrzyła się na mnie.
Podeszła wolnym ruchem.
Dotknęła w zamyśleniu mojego policzka.
- Masz takie same oczy jak ja.- powiedziała.
*******************