<Początek>
Wzrastająca noc była ekskluzywną przykrywką dla stworów zwanych ludźmi. A byli oni ludźmi ponad ludźmi; tworami wzniosłymi, niemalże boskimi. Mrok wypełzającej nocy pogłębiał jedynie koślawe deformacje przystojnych i pięknych twarzy zmywając z nich maski człowieczeństwa. A oblicza te groteskowymi się stały w swym pięknie i tańcu pokaleczonych żądzami dusz. Arystokratycznymi ruchami wypielęgnowanych dłoni w aksamitnych rękawiczkach sączyli wino spoglądając z kontentacją na plebs.
Młodzieniec pomyślał wpierw- ,,Śmierć ma ręce odziane w takie właśnie rękawiczki”. I pomyślał to z żalem, bo będzie straconym już niedługo. Lecz pomyślał też z miłą satysfakcją, że on swe rękawiczki spalił tak dawno temu, a ich popioły stygnąc rozbudziły żar prawdziwy, by żyć dla ludzi. I przypomniał sobie jak pierwszy raz, brudny, obdarty i sponiewierany ich zemstą poczuł w sobie ponownie śpiew własnej duszy. I radość go opanowała, nie biała lecz szara, kiedy z uczuciem spełnienia zimnej wendetty wiedział, że ich Śmierć tak piękna nie spotka. Wzniosłe skrzydła aniołów niebiańskich nie porwą ich dusz ku Bogu, gdyż te już dawno zgniły.
I na tym wyznaczonym do pokazu skrawku marmurowej podłogi poczuł się piękniejszy, odziany swą nagością i posoką własną obmyty, niźli demony skupiające się nad nim z chorym błyskiem w oku prezentujące stroje przecudowne, kolorowe, pozłacane, które same w sobie dziełami sztuki były.
I uświadomił sobie, że ichnie łańcuchy żelazne, w które zakuli jego ręce i nogi już go nie więżą. I spojrzał na ich teatr zagubionych żądz i uśmiechnął się.
A dłoń odziana w rękawiczkę znak dała, by wyrok wykonano.
I kat, pierw znak krzyża czyniąc, czarne swe oblicze zwrócił w jego stronę.
Prze chwilę poczuł metalowy chłód, który głowę jego od tułowia oddzielił. A powieki jego mrugnęły zasłaniając spokojne oczy.
Debora znalazła to opowiadanie w półce swojej akademickiej ławki. Chwilę po rozpoczęciu pierwszych lekcji porannych zajęć Akademii Graveshine jej świat się rozpłynął. Została na chwilę porwana przez słowa odznaczające się czernią od bieli papieru. Gdy wróciła myślami do sali wykładowej przywołana do porządku surowym głosem nauczyciela, który z żarliwością świeżo upieczonego wykładowcy opowiadał o topografii Azji, zwróciła zamyśloną twarz ku oknu przy którym siedziała i lekko się uśmiechnęła. Podparła ręką policzek na chwilę objęła zanudzonym spojrzeniem setki odcieni zieleni powstałe dzięki promieniom słońca prześwitującym przez liście drzew otaczających mały skwer. Chwyciła długopis i przez chwilę zataczała nim młynki między palcami by w końcu przyłożyć jego końcówkę do czystej kartki papieru. Słowa połączyły się w pisane lekką ręką opowiadanie.
Mężczyzna w białym kitlu obficie poplamionym krwią ocalałych z pola bitwy chodził spiesznie między pacjentami starając się ogarnąć w jakiś sposób chaos pobitewnych ran. Rozplanował rozmieszczenie żołnierzy za kryteria biorąc ich stan. Sam teraz przebywał we wschodniej części sali wśród konających starając się odciągnąć jak największą ich ilość znad przepaści śmierci, lub choć ułatwić im zejście, by nie było zbyt bolesne.
Doświadczenie zdobyte we wcześniejszych wojnach i potyczkach nauczyło go skuteczności i systematyczności. Był chwilowo jedynie narzędziem do ratowania rannych, których imiona także przestawały się liczyć w takich chwilach.
- Doktorze! Doktorze! Znaleźliśmy generała i jego towarzysza!
Skończył zawiązywać opaskę uciskową na pozostałości po ręce młodzieńca, który znalazł się zbyt blisko wybuchającej miny i ruszył za nawoływaniami sióstr zakonnych, które w przedbitewny poranek przybyły z propozycją pomocy.
Już na pierwszy rzut oka stwierdził, iż stan towarzysza generała był poważniejszy, podczas gdy dowódca miał kilka powierzchownych ran i parę pogruchotanych kości.
- Sprowadźcie tu jeszcze doktora Yellowegena. Musi mi pomóc z tym młodszym.
Podczas gdy sanitariusze zajęli się generałem mężczyzna w białym kitlu zaczął tamować krwawienie z dwóch kikutów po nogach młodzieńca. Jego młody wygląd kazał mu sądzić, że to była jedna z pierwszych jego walk. Kiedy krwawienie zelżało podał rannemu silne środki przeciwbólowe. Jeśli przetrwa przypalanie ran, następne godziny zadecydują o jego przeżyciu.
Młodzieniec jęknął i otworzył oczy.
- Generał- zapytał lekarza.
- Żyje.
Chłopak westchnął i po kilku głębszych oddechach wróciły mu resztki świadomości, mimo płynących w jego żyłach środków przeciwbólowych.
- Nie boli.- powiedział charcząc jakby ze zdziwieniem. Lekarz w myślach stwierdził, że to szok pourazowy połączony ze znieczuleniem zrobiły swoje.
- Jeśli przeżyjesz zacznie.- odparł doktor z lichą nadzieją, że chłopaczyna przeżyje.
Młodzieniec uśmiechnął się.
- Uratowałem go.- rzekł i wyzionął ducha.
Mężczyzna w białym kitlu zasłonił puste oczy powiekami i zakrył prześcieradłem oblicze trupa. Ciężko westchnął zmęczony trudami dnia i pognał do reszty rannych. Po jakimś czasie wezwano go do uratowanego generała.
- Czy Nik przeżył?- zapytał go dowódca wojsk.
- Żołnierz, który cię osłonił zmarł godzinę temu. - Rozumiem. Wyprawimy mu pogrzeb ze wszystkimi honorami.- rzekł ze spuszczoną głową.
Lekarz nic nie odpowiedział. Podejrzewał, że generał myślał to samo co on. Nie ma czegoś takiego jak honorowa śmierć. Nie ma nic wzniosłego w ciele trawionym przez zgniliznę i robaki. Bohaterstwo tego nie zmieni. Śmierć jest ostatecznością, mimo otoczenia zawsze tą samą. Człowiek żyje, po czym coś to życie przerywa, a ciało w którym biło serce, pulsowała krew i wydzielały się hormony przestaje funkcjonować.
Lekarz wyrwał się na chwilę ze skupienia, które brało nad nim zawsze władzę gdy ratował życia żołnierzy. Nostalgicznym ruchem, powolnie starł pot z czoła i zabrał głos.
- Jeszcze rok temu śmierć była dla mnie zbiorem zapachów. Krew, ekskrementy, ropa i woń leków- ich mieszanka była wonią końca. Teraz generale Magrel już nawet nie zauważam tych zapachów. Przesiąknęły w moje ciało. Przyzwyczaiłem się.
- Co starasz mi się przekazać, doktorze Firestein?- zapytał generał.
- Radziłbym uważać, by i pan nie zobojętniał na te wonie. Jako, że dla mnie ich brak jest przydatny, tak w pańskiej roli może być jedynie zgubny dla towarzyszy.
Rzekłszy to doktor Firestein krótko skłonił głowę i ruszając w kierunku krzyków na powrót stał się tylko mężczyzną w białym kitlu, który ratował bezimiennych poszkodowanych.
Debora pozostawiła opowiadanie złożone na pół na arkuszu pozostawionym w jej biurku. Nie myśląc więcej o tych dwóch historiach wróciła do normalnego rytmu dnia. Była założycielką i przewodniczącą klubu Kolorowych Mimów, który mieścił w sobie dwanaście osób o różnie ulokowanych zainteresowaniach materią sztuki. Zapanowanie nad nimi było zajęciem na pełen etat, ale nie zamieniłaby żadnego z dni z nimi spędzonych na inny.