Wszystko o niczym i nic o wszystkim. Czyli co się dzieje w duszy nihilisty.

I wszystko na nic,
Myślę, że zapomniałam,
Jak powinno brzmieć słowo "talent".

sobota, 14 kwietnia 2012

Księżyć w tafli oczu.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to doskonały artyzm mokrych głęboko czarnych pasm długich włosów zmieszanych w ciemnych falach z falami zieleni traw. Później wargi, rozchylone, poruszające się jak motyle skrzydła targane lekkim zefirkiem; drżały. Spływające diamenty kropel dżdżystego deszczyku, chłodnego po dniu parzącego słońca, okalały i tańczyły na bladej, przeraźliwie wręcz jasnej skórze mężczyzny. Między zajmującymi uszy głośnymi tonami szemrzącego dźwięku deszczu chrapliwy oddech, jak po karkołomnym wysiłku. I krew pokrywająca całe ciało, zlepiająca strzępki czarnej koszuli, rozmywana przez wilgoć padającą z nieba, która odkrywała tą deszczową ablucją niezliczone rany i zsinienia, zarówno świeże, żywo- czerwone, jak i starsze błyszczące perłowym różem blizny.
Deszcz zaczął go wybudzać; oddech przyśpieszył wyzwalając cichy jęk. Dłonie zacisnęły się w pięści łapiąc mokrą, czarną ziemię, trawę i liście.
Postać otworzyła z wysiłkiem oczy, a ja sama stanęłam zahipnotyzowana, wpatrując się w ich kolor. Pierwsze słowo, które mi się nasunęło- księżycowy. Mrugnęłam mocno zaciskając powieki, a kiedy na powrót pozwoliłam swojemu wzrokowi zadziałać ten srebrzysty kolor stał się po prostu niesamowicie jasnym odcieniem szarości. Tak niesamowitym, że zdawałoby się, iż ludzie nie mogą go posiadać, a posiadając go stają się nieludzcy, dziwnie obcy. 
- Odejdź.- powiedział cicho. Powinien prosić o pomoc, a nie odganiać mnie.
Pochyliłam się nad mężczyzną.
- Trzeba cię zawieść do szpitala. Jesteś ranny.- powiedziałam spokojnym tonem, jakbym chciała uspokoić dzikie zwierzę. Wcześniej często zdarzało mi się go używać, więc nie wydawał się być sztuczny.
Wyciągnęłam ręce chcąc przerzucić sobie smukłe męskie ciało przez ramię.
- Nie dotykaj!- krzyknął. Odskoczyłam przerażona, bo wcześniej jego głos był ledwie szeptem i dowodem wyczerpania, a teraz zabrzmiał donośnie i nieludzko od zawartych w nim uczuć. Mogłam rozpoznać większość- wstyd, ból, panika zmieszana ze strachem, pogarda do własnej osoby. Ale była w nim też ulga, jakby właśnie spotkało go coś niesamowicie dobrego.
- Nie zostawię cię tu żebyś zdechł jak pies. Zachowuj się.- powiedziałam szorstko.
Chwyciłam go za rękę, by przerzucić go przez ramię i przenieść przez las do domu.
Kiedy poczułam chłód jego skóry wszystko się zatrzymało...

Byłem jednocześnie rozrywany i zgniatany, choć moje ciało pozostało nietknięte. Coś, co było we mnie urosło i eksplodowało korowodem elektrycznych kawałków jasnych ostrzy i bólu. Coś, co chciało upajać się mordowaniem i śmiać z rozgniatanych robaczków ludzkich żyć. Spokojne złote wnętrze, zwykle ciche i pogodzone z losem, zostało pochłonięte przez tajfun i krzyk na granicy rozkoszy. Wreszcie! Wolność nie była tylko frazesem, stała się mieszaniną wyzwolonego pożądania, bólu, pasji, instynktu, mroku, nieujętej w ryzy energii, zapachu ozonu i zezwierzęcenia. Czymś co czuło oczami, wąchało całym ciałem i oddychało strachem. I nie było w tym ani krzty rozsądku, niczego logicznego i nazwanego. Nie mam imienia. Nie mam imienia. Nie mam imienia.

Odskoczyłam jak rażona prądem. Przez chwilę byłam leżącym obok mnie w mokrej ziemi mężczyzną. Czy on był człowiekiem? Jak on mógł być człowiekiem czując to co wtedy? Chyba jednak był. Przez minutę unosiłam głowę do góry chłonąć przez skórę chłodną wilgoć deszczyku. Ręka bolała jak po silnym kopnięciu prądem. Odizolowałam się i przestałam myśleć o czymkolwiek. Kilka sekund i doszłam do siebie.
Wstałam i zdjęłam z siebie obszerny stary płaszcz. Rzuciłam go na lezącą postać, która wpatrywała się w moje poczynania ze zdziwieniem. Owinęłam wychłodzone ciało nie dotykając skóry. Jako, że dzień już prawie wygasł zastąpiony wieczornym mrokiem musiałam wybrać dłuższą drogę przez leśny teren, żeby nie natknąć się po drodze na dziki czy wilki. Zapach ludzi na piaszczystych ścieżkach zniechęcał zwykle dziką zwierzynę, która nie lubiła sobie komplikować życia niepożądanymi spotkaniami z człowieczymi postaciami. Zmartwił mnie jednak zapach krwi, który mógł okazać się wabikiem dla wygłodzonych mieszkańców lasu. Miałam nadzieję, że płaszcz nie przepuści zbyt wiele aromatu na zewnątrz. Sprawnym i silnym ruchem przerzuciłam sobie ciało mężczyzny przez ramię i ruszyłam w drogę rozbryzgując brudnymi, starymi kamaszami błoto i zostawiając głębsze ślady w leśnej ściółce. Postać nic nie mówiła wisząc bezwiednie jak worek ziarna. Krzyk musiał odebrać mu resztki sił. Miałam nadzieję, że moich mi wystarcza na doniesienie go do celu. Nie był zbyt ciężki, ale wciąż pozostawał mężczyzną, a ci zwykle swoje ważą.
Godzinę później przeszłam resztkami sił przez furtkę i warzywny ogródek do drzwi swojej chaty. Popchnęłam je wolnym ramieniem i przez sień przeszłam do izby, rzucając bezceremonialnie mężczyznę na tapczan przy piecu. Odetchnęłam z ulgą i rozciągnęłam zesztywniałe i obolałe mięśnie. Jutro będę miała zakwasy. Sztywno zdjęłam buty i niezainteresowana na razie cichym tobołem moczącym łóżko, rozebrałam się do naga i ruszyłam do łazienki omijając po drodze ślady błota. Wzięłam szybki zimny prysznic i cała mokra przeszłam przez kuchnię do drzwi mojej sypialni. Czułam na sobie wzrok uratowanego osobnika.
- Zaraz się tobą zajmę.- oznajmiłam chłodno i przeszłam do pomieszczenia obok, wkładając na siebie zwykłą szarą koszulkę i granatowe spodenki z piżamy.
Zostawiłam mokre strąki długich włosów luźno spływające po plecach, żeby wyschły. Koszulka przykleiła się do skóry od wilgoci. To nic, zaraz wyschnie. Przeszłam z powrotem do kuchni i włączyłam kuchenkę, żeby podgrzać resztę dzisiejszego żuru z obiadu i pozbierałam moje ubrania z podłogi żeby wrzucić je do kosza na brudy. Wymyłam mopem brudną sień i odłożyłam go z powrotem do składzika pod schodami strychu. Weszłam po stromych trzeszczących schodach i po uniesieniu klapy ruszyłam do starego łóżka, by przygotować je dla gościa. Kiedy zeszłam na dół zupa już była gorąca. Wlałam ja do miski i odstawiłam na stół, żeby odrobinę przestygła.
Podeszłam do zawiniętej w płaszcz postaci i zobaczyłam, że mężczyzna się we mnie wpatruje.
- Nakarmię cię teraz, więc za łaską bądź spokojny.- udręczony kiwnął głową a ja uniosłam go nie dotykając skóry i oparłam jego plecy o wysoki podłokietnik.- Jeśli nie lubisz żuru, to masz pecha i musisz przecierpieć.- powiedziałam i stawiając obok tapczanu wysłużone krzesło usadowiłam się na nim z miską w ręce i zaczęłam go karmić.
Jadł łapczywie i z chęcią gorący posiłek przez głód w ogóle niespeszony faktem bycia karmionym. Jeśli ma apetyt to nie jest aż tak źle, wyliże się. Co chwilę mimo wszystko między kolejnymi kęsami krzywił się z bólu. Zaraz zobaczymy jakimi obrażeniami będę musiała się zająć. Kiedy skończył jeść usiadłam obok i pochyliłam się w jego stronę.
- Nie będę mogła się dobrze tobą zająć jeśli nie będę umiała dotknąć twojej skóry. Sprawdzę, czy tamto coś się powtórzy, a jeśli się to stanie będzie trzeba pokombinować.- mój własny głos brzmiał dla mnie obco, bo był rzadko używany.
Zdarzało mi się co prawda często śpiewać, ale od jakiegoś tygodnia byłam tym znudzona, więc siedziałam cicho. Bez zawahania szybkim ruchem przyłożyłam dłoń do jego policzka. Nic się nie stało. Jego skóra była miękka i pozbawiona zarostu, zdawało mi się nawet, że nigdy nie dotknęła jej golarka. Oczy lśniły srebrzysto pod czernią brwi i za długich włosów. Wstałam i poszłam do łazienki. Wróciłam chwilę później z dużą misą wypełnioną gorącą wodą i małym ręcznikiem. Podeszłam do mężczyzny i odwinęłam z niego mój płaszcz, cały ubrudzony krwią i błotem. Westchnęłam, bo przez błoto nie mogłam wrzucić go od razu do pralki.
Zwinnymi ruchami, systematycznie zaczęłam zdejmować z mężczyzny resztki zakrwawionej koszuli. Rany nie były zbyt poważne, można je było nazwać po prostu głębokimi zadrapaniami. Po niektórych mogły zostać niewielkie blizny.
- Jak masz na imię?- zapytałam zachrypnięta, przemywając delikatnie wodą jego rany, zmywając z jego torsu krew.
Nadal nie odpowiadał. Westchnęłam cicho i metodycznie poczęłam zmywać z niego brud, liście i krew. Miałam cichą nadzieję usłyszeć znów jego głos. Jak mógłby brzmieć ton osoby obdarzonej takimi oczami? Kiedy ten jeden raz przemówił, był to jedynie szept, lub równie nic-nie- mówiący krzyk...

<cd. nastąpi>