Byliśmy tylko dla siebie. Nie pasowaliśmy oboje do świata pełnego maślanych oczu, idealnych, cukierkowych rodzin, tęczy, małych puchatych króliczków, i całego tego obrzydliwie zakłamanego tałatajstwa. Zostaliśmy wyklęci, wykluczeni ze świata, odrzuceni. I nic nas to nie obchodziło. Stworzyliśmy własny świat, więź wynikającą z podobieństw. Małe mroczne królestwo, w którym zrozumienie pełni i złożoności własnej duszy było najważniejsze.
Kiedyś byłam małą zagubioną istotką. Bałam się świata, tak jak mała pięciolatka boi się ciemnej i cichej piwnicy, do której musi wejść po zagubioną piłeczkę. Długo byłam sama w tej piwnicy. Tak długo, że jej mrok i brak jakiegokolwiek dźwięku, prócz mojego cichego, spłoszonego oddechu, stały się moją integralną częścią- wchłonęłam w siebie to przerażenie. Stałam się silna, lecz jednocześnie obłędnie słaba. Byłam inteligentną wariatką, znającą ból, lecz radzącą sobie ze wszystkim, tak, że niemal wydawałam się być normalna. Może tylko czasem spojrzenie nie było takie, jakie powinno. Może było zbyt świadome, lub chwilkami za bardzo chaotyczne. Czasem martwe, jakbym była tylko lalką lewitującą w obcym sobie świecie.
Tak samo fundamentalną częścią mnie było wieczne czekanie. Obserwowanie i poszukiwania kotwicy. Motywacji do dalszego życia. Rozrusznika. Kogoś kto potrzebowałby mnie by istnieć. Kogoś kto nadałby mi wartość.
*****
Rozdział pierwszy. Jej okiem.
SPOTKANIE - czyli jak można zbić z pantałyku każdego faceta.
Kiedy go pierwszy raz spotkałam był późny, chłodny wieczór. Wracałam do swojego pedantycznego i pustego domu. Czułam się okropnie brzydka i zagubiona. Było to tak dziwne z obiektywnego punktu widzenia, że miałam ochotę się śmiać. Istota mojego pokroju wyje? Doprawdy, nadaję się do cyrku. Płakałam, bo rzuciłam kolejnego z setki mężczyzn, którzy po prostu do mnie nie pasowali. Samotność i wyalienowanie uderzały w moją duszę niewidocznym batami. Nie żebym się zanosiła beczeniem, szłam tylko a łzy kapały, spływając cicho po bladych, gładkich policzkach. Pewnie rozmazał mi się cały makijaż. Miałam to gdzieś. Pozwalałam słonym kroplom płynąć, bo czyniły mnie silniejszą i spokojniejszą, uwalniając mnie od zbędnego nadmiaru hormonów. Nudziła mnie już cała ta sytuacja.
- Żałosne.- usłyszałam pogardliwość w tonie osoby rzucającej we mnie tym słowem.
Odwróciłam się, stał w cieniu opierając się o drzewo, może dlatego wcześniej go nie zauważyłam. Choć, nie wiedzieć czemu, to logiczne uzasadnienie intuicyjnie wydawało mi się być błędne.
W jednej chwili łzy zniknęły. Przetarłam wierzchem dłoni mokre i brudne od tuszu do rzęs policzki. Była mistrzynią nie tylko w płakaniu na życzenie, lecz też w powstrzymywaniu tego stanu.
- Doprawdy?- zaśmiałam się sarkastycznie, przez co pewnie wyglądałam na osobę niespełna rozumu.- Nie musisz mnie uświadamiać.
Był jak rasowy metalowiec- skórzany, czarny płaszcz, wysokie glany i trzy szpiczaste kolczyki w górnej części prawego ucha. To co jednak najbardziej zwróciło moją uwagę to blond włosy, ostrzyżone w niesymetryczną fryzurę, i bliznę w kąciku lewego oka, która była częściowo zasłonięta jednym nieco dłuższym pasmem grzywki. Na głowie miał rasowe czarne okulary przeciwsłoneczne. Jako, że nie miałam jakiegoś szczególnie wyrobionego wizerunku idealnego faceta, uderzył mnie jego styl. Minęło może kilka sekund, od końca mojej wypowiedzi, a już wyobrażałam sobie, jak zdzieram z niego ubranie. Nieźle, ale na razie nie miało to znaczenia, jako, że mnie nieco wkurzał wyrazem twarzy, z której biła wrogość i pogarda do mnie, jakbym mu coś zrobiła. Dziwiłam się, że jeszcze jakieś piętnaście sekund temu po prostu szłam i płakałam.
Zaczęłam zbliżać się do niego powolnym zmysłowym krokiem dziwki, kołysząc biodrami. Cieszyłam się, że mam na sobie to ubranie- krwistą króciutką sukienkę, czarne rajstopy i bardzo wysokie szpilki.
- Czemuż to zawdzięczam ci te słowa?- spytałam zaczepnie przeszywając go spojrzeniem.- Przejechałam ci kota, czy co?- ten żart zabrzmiał jak rzucone mu wyzwanie. Moje słowa ociekały zmysłowym jadem.
Patrzył na mnie inteligentnym, wszystkowiedzącym spojrzeniem, co zaczęło budzić we mnie agresje. Jakby przeszył moją strategię jednym rzutem oka. Pewnie widział we mnie teraz słabą kobietę, zagubioną sukę, która swoim seksapilem chce kontrolować sytuację. Uśmiechnęłam się półgębkiem, jeszcze się zdziwisz koleś. Mam w sobie aż za dużo mocy, twój pech, że o tym nie wiesz. Zmieniłam krok na normalny.
Chyba doszło do niego, że jednak nie jest według mnie takim cwaniakiem, na jakiego pozował. Miałam teraz pewnie minę drapieżnika, który zobaczył swoją ofiarę. Odbywała się między nami już teraz cicha wojna o dominację. Chciałam nad nim górować.
- Okej- powiedział.- To by było na tyle. Wybacz.
I odszedł. Tak po prostu. A ja stałam i patrzyłam. Kurwa, kurwa, kurwa. Ruszyłam automatycznie w stronę domu. Nie wiedziałam co się u licha stało. To było dziwne. Dziwne? Przez setki lat ludzkiej egzystencji, taka sytuacja przytrafił mi się pierwszy raz. Może dlatego, że rzadko mogłam znaleźć kogoś, kto byłby tak charyzmatyczny jak ja. Uśmiechnęłam się do siebie, bo dziś wieczorem przed snem będę miała o czym myśleć. Każda rzecz oddalająca od nudy była niesamowitym darem. Pomyślałam, że moje wieczne poszukiwania miłości są cholernie przesiąknięte tragizmem. Owszem szukałam innych demonów, ale nie znalazłam żadnego na tyle ludzkiego, by do mnie pasował. Ja znów byłam jedynie pół demonem, bastardem, więc też zwykli ludzie nie byli dla mnie odpowiedni. No i za grosz nie miałam zdolności wyczuwania mocy sobie podobnych, co utrudniało poszukiwania. Doszłam do bramy i przechodząc przez nią zauważyłam znajomą postać pod moimi drzwiami. Zapowiada się miły wieczór, chociażby z powodu pytań rodzących się w mojej głowie.
*****
Nadal rozdział pierwszy. Jego okiem, od początku.
SPOTKANIE – czyli, co mężczyzna powinien robić, a czego nie.
Wyczułem ją z daleka. Pachniała aż nadto wyraźnie aurą demonów. Postanowiłem poczekać, aż oddali się od zwykłych śmiertelników. Krwawa niezapominajka posmakuje dziś krwi skalanego, pomyślałem, czując pod palcami chłód stalowego sztyletu i inskrypcje przeciw mocy demonów wytopione na jej powierzchni. Czemu moja broń musi nosić nazwę jakiegoś głupiego kwiatka.
Byłem najlepszym łowcą od ostatniego stulecia, napędzany nienawiścią do skalanych, którzy zamordowali moją żonę i córeczkę. Po ich stracie przeszedłem bolesną transformację, wchłaniając w siebie krew tamtego śmiecia. Żyłem zemstą od ponad trzystu lat, od zabicia tego, którego soki życiowe dały mi moc i długowieczność. Pokonałem już dziesiątki demonów, za każdym razem pijąc krew pokonanych.
W pierwszej chwili pomyślałem, że się pomyliłem. Mogłem w końcu przejrzeć prawdziwą formę każdego przyszłego przeciwnika, tak by nie popełnić błędu. A teraz widziałem normalną kobietę. To musi być ona. Cicho zeskoczyłem z wysokości dziesięciu metrów, gdzie z drzewa obserwowałem otoczenie. Coś musiało być nie tak. Nie spotkałem jeszcze na tyle silnego przeciwnika, by umiał ukryć tak dobrze swoją prawdziwą formę. Zauważyłem, że ta skądinąd piękna, ciemnowłosa kobieta płakała. Płaczący demon? Nie mieściło mi się to w głowie. Wezbrała we mnie żółć i obrzydzenie, wyparłem wszystkie myśli o współczuciu, w końcu skalani pochłaniają dusze i życia ludzi dla przedłużenia własnej żałosnej egzystencji.
- Żałosne.- powiedziałem na głos, by zwrócić na siebie jej uwagę. Atakowanie od tyłu nie było w moim stylu.
Obróciła się w moją stronę. Miała oczy barwy bardzo ciemnego brązu. Połyskiwały od wytartych szybko łez. Widziałem jak zmienia swój wyraz twarzy z rozgoryczonego i smutnego na zdziwiony, a potem agresywny.
- Doprawdy?- powiedziała i zaśmiała się ironicznie tak, że włosy stanęły mi dęba. Wyglądała teraz jak zwyczajna kobieta, tyle, że przechodząca jakieś wewnętrzne katusze. Wywołało to we mnie wir nieznanych dotąd uczuć.- Nie musisz mnie uświadamiać.
Zaczęła iść w moją stronę wyuzdanym krokiem ulicznej kurewki. Nie wiedzieć czemu, nie przepełniło mnie to obrzydzeniem, lecz cichym na razie pożądaniem na widok jej krągłej figury i prowokacyjnego chodu. Uśmiechnęła się lekko, co świadczyło, że zna ból, nikt z łatwym życiem nie wie jak w takiej minie można zawrzeć tyle goryczy. Ostatnio ten rodzaj uśmiechu widziałem dzisiaj rano w lustrze. Jej twarz wyrażała teraz co najmniej złość, lecz ja zajrzałem głębiej i widziałem puste, smutne mimo wszystko oczy.
- Czemuż to zawdzięczam ci te słowa?- zapytała.- Przejechałam ci kota, czy co?- Czy to możliwe, czy ona naprawdę nie wyczuwała aury mojej siły? Albo to ignorowała i grała ze mną w jakąś chorą grę? Nie, chyba jednak nie poznała kim jestem.
Postanowiłem odejść żeby przyjrzeć się jej z daleka przez jakiś czas. Chyba miała naprawdę trudny dzień, jej uczucia mocno podsycały pełzające wokół niej smugi demonicznej aury. Z bezbrzeżnym zdumieniem uświadomiłem sobie, że nie potrafiłbym przebić jej splugawionego serca, i pochłonąć resztek jej siły wraz z krwią. Jej oczy były zbyt ludzkie.
- Okej, to by było na tyle, wybacz.- wyrzuciłem z siebie te słowa i odszedłem czym prędzej. Nie poczułem nawet najmniejszego uczucia niepokoju, kiedy odwróciłem się w jej stronę plecami.
Kiedy ruszyła w stronę swojego domu śledziłem ją. Wywołałem w niej chyba zagubienie, miała bardzo zamyślony wyraz twarzy. Chciałem dowiedzieć się o czym ktoś taki jak ona może myśleć. Uznałem, że większą szansę będę miał w bezpośredniej rozmowie, do której przynajmniej byłem teraz bardziej przygotowany, niż kwadrans wcześniej, kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem. Pogratulowałem sobie kolejnego nierozważnego ,,pójścia na żywioł''. Tyle, że nie mogłem się powstrzymać, nie wiedzieć czemu naprawdę miałem ochotę ją poznać. Nuda też potrafi dać człowiekowi w kość.
Zobaczyłem, że się zbliża. Czekałem na nią tuż obok wejścia do jej domu, znalezienie go było banalnie proste. Choć nie twierdziłem, że mądre.
*****
Rozdział drugi, z jej punktu widzenia.
INCYDENT – czyli do czego nie powinno dojść na pierwszej randce.
Zaniepokoiłam się. Czego ten facet może ode mnie chcieć? Czy to może jakiś psychopata? Otworzyłam furtkę, moje buty wydawały głośny chrzęst na żwirowanej dróżce. Podeszłam do mojego nachodźcy. Tym razem, będąc już spokojną, postanowiłam być w miarę możliwości miła.
- Zdaje mi się, że poznałam właśnie amatora- nachodźcę- powiedziałam.- I o ile nie masz wobec mnie złych intencji, możesz wejść na kawę. Zimno tu.- teatralnie objęłam się ramionami i zatrzęsłam.
Spojrzał na mnie zdziwiony moją bezpośredniością.
- O...kej?- odpowiedział.
Ruszyłam w stronę frontowych drzwi. Miałam nadzieję na mały romans, skoro napatoczył się już ktoś, kto zdawał się być interesujący. Uśmiechnęłam się pod nosem, miałam w końcu bardzo dużo czasu, by nauczyć się dobrego uwodzenia. O swoim bezpieczeństwie nawet nie pomyślałam, w końcu nie byłam zwyczajną kobietą. Odgarnęłam z twarzy włosy, które zwiał mi na nią wiatr. Uroczy nieznajomy nie mógł oderwać ode mnie wzroku. W sumie nie dziwiłam mu się, nawet jeśli nie należałam do jakiś niesamowitych piękności, nadrabiałam wszystko właśnie moimi włosami- kręconymi, ciemnymi puklami sięgającymi do pasa. Nawet jeśli dbanie o nie było uciążliwe, to czerpałam z nich takie profity, że nie było warto ich ścinać.
Klucz dźwięcznie zadzwonił w zetknięciu z zamkiem. Miałam nadzieję, że mój dom zrobi na nim wrażenie. Urządziłam go z wyczuciem i gustem, nieco może staroświeckim, ale pięknym. Otworzyłam przed nowo poznanym mężczyzną drzwi i wpuściłam go pierwszego do obszernego przedpokoju. Zaraz po wejściu zapaliłam światło i zamknęłam drzwi. Mój gość nie wiedział chyba gdzie podziać oczy. Uznanie chyba na razie wygrywało u niego z zawstydzeniem, które zwykle zawsze się czuje odwiedzając obce sobie miejsce. Podłoga była z bardzo ciemnego i wypastowanego na błysk brązowego drewna. Odbijały się w niej światła lampek i żyrandoli, a także odbłyski powstałe na powierzchni złotych dodatków, stojących na kilku antycznych szafkach. Nie było żadnego odgrodzenia od reszty pomieszczeń. Parter był cały otwarty, było stąd widać kamienny kominek, po prawej kuchnię odgrodzoną od salonu blatem ciemno czerwonych mebli. Naprzeciwko kominka stała skórzana czerwona sofa, a przed nią niski okrągły stolik ze szklanym blatem. Przed kominkiem miałam rozłożony miękki dywan imitujący skórę śnieżnej pantery. Naprzeciw wejścia, obok kominka stała moja pokaźnych rozmiarów biblioteczka.
Zdjęłam czarny, lekko połyskujący płaszczyk, ukazując krwistą sukienkę w całej okazałości. Chrząknęłam żeby zwrócić na siebie uwagę tego tajemniczego przystojniaka, i poprosiłam go o płaszcz i zdjęcie butów.
- Nie musisz mieć kapci, podłoga jest ogrzewana, i aż za czysta- zaśmiałam się i powiesiłam nasze wierzchnie rzeczy na pięknym wysokim stojącym wieszaku, wystylizowanym na konar drzewa z nagimi gałęziami. Zawsze przy znajomych śmiałam się, że mam w domu drzewo kurtkowe. Wskazałam też mu miejsce, gdzie ma zostawić buty. Zauważyłam, że pod skórzaną kurtką miał na sobie kremowy, cienki golf. Kiedy zobaczył, jakim wzrokiem na niego patrzę, zapadła między nami napięta cisza. Zdziwiłam się, bo już od dawna nikomu nie udało się wprowadzić mnie w stan zakłopotania, chyba nawet spłonęłam rumieńcem. Ruszyłam czym prędzej zaparzyć nam coś gorącego do spłukania zmarzniętego gardła..
- Możesz napalić w kominku, wszystko jest gotowe, wystarczy, że przyłożysz zapałkę. Co chcesz do picia?- zapytałam.
- Miętową herbatę, proszę.- podszedł do paleniska i nachylił się nad nim. Sięgnął po zapałki, leżące w małym koszyczku przy kominku. Obserwowałam go uważnie kątem oka, kiedy przygotowywałam nam picie. Wszystkie odgłosy towarzyszące naszemu krzątaniu się dochodziły do mnie jakby zwielokrotnione. Byłam podekscytowana, poznałam tego mężczyznę godzinę temu, a już wiedziałam, że ma silny charakter. Wokół niego unosiła się jakaś aura siły i bólu. Było to widać po jego sposobie poruszania się, intonacji, gdy coś mówił i spojrzeniu wyglądającym tak, jakby oczy jego właściciela widziały zbyt wiele, i zbyt wiele uroniły łez. Uśmiechnęłam się do siebie jak kotka, która właśnie napiła się śmietanki.
Na srebrnej tacy postawiłam dwie szare filiżanki z ciemnym płynem, cukierniczkę, łyżeczki i kilka kawałków czekoladowego ciasta, które upiekłam rano. Ruszyłam w stronę mojego kochanego stoliczka, który był drugą rzeczą u mnie przypominającą roślinę. Przez szklany blat widać było jedyną podpórkę- nogę, która wyglądała także na miniaturowe drzewo w zimie- nagie.
Mój gość ze znieruchomiałą twarzą wpatrywał się w płomienie powolnie pełgające po suchych szczapkach drewna.
Nagle obraz przed moimi oczami zafalował, wszystko zaczęło zatracać kontury. O nie, pomyślałam przerażona, nie teraz, błagam. Chyba powiedziałam to na głos, bo czułam bąbelki powietrza przechodzące przez moją tchawice. Zawładnął mną potworny głód, którego bynajmniej nie zaspokoiło by normalne pożywienie. Mroczna, żądna krwi część mojej duszy znów dochodziła do głosu. Wypuściłam z rąk tackę i ostatkiem sił złapałam za swoją bransoletkę i powiedziałam cicho jedno słowo, to najważniejsze, a potem potknęłam się i poczułam, jak się zapadam w sobie, jednocześnie widząc zbliżającą się gładkość podłogi.
*****
Rozdział drugi i trzeci z jego punktu widzenia.
II - INCYDENT – czyli jak nie rzucić się na kobietę przy pierwszej wizycie w jej domu.
III - NIEME POROZUMIENIE – czyli jak przyzwyczaić się do ,,kobiety wyzwolonej''.
Wyglądała na lekko zaniepokojoną, a także zaintrygowaną moją obecnością zaraz przy jej domu. Za to na pewno nie na przerażona, choć zapewne każda normalna kobieta by właśnie tak zareagowała. Byłem ciekaw jak mnie potraktuje.
- Zdaje mi się, że poznałam właśnie amatora- nachodźcę- powiedziała.- I o ile nie masz wobec mnie złych intencji, możesz wejść na kawę. Zimno tu.
Jej bezpośredniość mnie powaliła. Żadnego pytania w stylu ,,Czemu tu jesteś?'', ani nawet ,,Jak masz na imię?'', tylko zaproszenie kogoś, kto zapewne wygląda co najmniej podejrzanie, po tym jak poznało się go zaledwie niecałą godzinę wcześniej? Uświadomiłem sobie swoją głupotę- myślałem o niej jak o człowieku. Idiota.
- O... key?- moje przyjęcie zaproszenia wyglądało zapewne zabawnie. Teoretycznie to ona powinna stać teraz ze zgłupiałą miną. Ten napad kretynizmu widocznie nie minął, bo jak jakiś pacan podziwiałem jej piękne włosy, widoczne teraz dla mnie z bliska. Pachniały cytrusowym szamponem. Powinienem dać sobie po twarzy, ja się nią zachwycam? Demonem? Istotą splugawioną wiecznym grzechem pożerania ludzi?
Otworzyła przede mną drzwi. Myślałem, że jej dom będzie co najmniej podejrzany, pełen mroku, obdartych ścian, lub nawet zeschłej krwi na ścianach. Myślałem, że dzięki temu wnętrzu wreszcie znajdę w sobie siłę do zabicia jej, przekonanie, że spotkałem tylko nieco bardziej niż zwykle przebiegłego demona. A, gdy ta kobieta tylko zapaliła światła, znalazłem się w miejscu dorównującym elegancji pałacowi, lecz bardzo ciepłym. Widać też było pedanterię gospodyni i poczucie smaku. Zastanowiło mnie, skąd u niej to przesadne dbanie o porządek. Poczułem się jak jakiś pospolity włóczęga, bo sam miałem jedynie małe, zaniedbane mieszkanko w szemranej dzielnicy, o które nie dbałem, bo zemsta pochłonęła mnie do reszty. Służyło mi tylko do spania, każdą wolną chwilę poświęcałem na poszukiwania kolejnych wrogów. Poczułem na sobie jej wzrok, kiedy zdjąłem swój skórzany płaszcz. Nie wiedziałem jak zareagować, więc milczałem. Powiesiła nasze rzeczy na wieszaku i chciała, żebym napalił w kominku. Byłem niebotycznie zestresowany tą sytuacją- pierwszy raz nie wiedziałem jak mam się zachować. Starałem się wyglądać na spokojnego, ale jak można się relaksować w obecności nie tyle demona w przebraniu, co pięknej, acz bezpośredniej kobiety. Chyba coś jeszcze powiedziała, ale byłem tak skołowany, że nic nie słyszałem.
Zagapiłem się w płomienie, które zaczęły zajmować nowe obszary suchego drewna. Przypomniała mi się twarz żony, kiedy jeszcze żadne z nas nie wiedziało o istnieniu Splamionych. Zamiast żądzy zemsty, która powinna się pojawić, poczułem ogromny smutek, i jeszcze większą tęsknotę. I wstyd, bo spojrzałem na inną kobietę, widząc jej twarz. Odkąd straciłem dwie najważniejsze istoty mojego życia, mój wzrok prześlizgiwał się po wszystkich tylko w celu rozróżnienia, czy ten ktoś jest demonem, czy nie. Pewnie nawet bym nie zauważył, że ktoś ma dwa nosy lub zeza. Patrzyłem, będąc ślepym, jedynie w celu uniknięcia wątpliwie przyjemnej śmierci przez pożarcie, pochłonięcie, bądź rozmazanie po ścianie. Poczułem świeży aromat miętowej herbaty i ciasta. Kiedy już miałem odezwać się do tej kobiety, zobaczyłem kątem oka, jak ta zastyga w bezruchu i wypuszcza z rąk tacę.
- O nie, nie teraz, błagam.- usłyszałem bardzo ciche dźwięki dochodzące spoza jej rozchylonych warg. Miałby w sobie niepojętą dla mnie ilość uczucia, błagania, i zrezygnowania, jakby zbyt często musiała je wypowiadać. Potem wymruczała jakieś niezrozumiałe dla mnie słowo i upadła.
Wyćwiczonym ruchem pochwyciłem broń i w ostatniej chwili powstrzymałem się od zadania jej decydującego ciosu. Leżała teraz bezbronna, a chmury ciemnej aury tworzyły wokół jej bezwładnej postaci istny huragan. Zastygła w pół ruchu, jakby ktoś zamienił ją w posąg. Oczy pochłonęła czerń. Doszło do mnie, że to jej prawdziwe oblicze, to, które jest zdolne pochłaniać dusze śmiertelników. W jej wnętrzu musiała się teraz odbywać istna gehenna. Zrozumiałem, że z jakiegoś powodu mi jej żal.
Stan ten trwał jakieś dwie godziny, podczas których nie spuszczałem jej z oczu. Następnie odrętwienie minęło, a ona obudziła się z transu. Wyglądała jakby była bardzo chora. Piękne włosy oblepiały jej spoconą twarz, oddech miała przyśpieszony, a źrenice rozszerzone. Poruszała się ostrożnie, jakby wszystko ją bolało. Pocieszającą rzeczą było, że jej demoniczna aura uspokoiła się, prawie zniknęła. Pomyślałem jednak, że chyba nie na długo. Nie spodziewałem się by była zdolna robić teraz cokolwiek, ona jednak z zadziwiającą lekkością wstała i ruszyła do kuchni po ściereczkę i miotełkę. Podniosła tackę, pozamiatała stłuczone filiżanki i wytarła starannie podłogę. Ciasto zniknęło w koszu na śmieci. Na twarzy miała maskę obojętności, a spojrzenie pozornie spokojne. Cisza wisiała między nami jak ciemny welon tkaniny. Chciałem ją zapytać, co się stało, mimo że sam domyślałem się chyba zbyt wiele. Założyłem, że gdyby nie jej gest dotknięcia bransoletki na lewej ręce, rzuciłaby się na mnie. Jak w jakimś okrutnym transie przesiąkniętym świadomością własnej tajemnicy i niemożności opowiedzenia o tym komukolwiek, znów ruszyła do kuchni. Tym razem zamiast wytwornej porcelany wyjęła z szafki duży, mocno sfatygowany kubek i drugi, nieco mniejszy. Zrobiła mi kawę, sobie zaś wlała do większego kubka jakiś napój z lodówki. Zrobiła kanapki. Prozaiczność tych czynności działa na nią wyraźnie kojąco. Podchodząc do stolika przy którym siedziałem na sofie jej mina z nieprzeniknionej zrobiła się zrezygnowana i smutna. Nijak nie skomentowała sztyletu, który nadal trzymałem w prawej ręce. Zapomniałem go schować, a pewnie nawet gdybym wcześniej to sobie uświadomił, wolałbym go nie ukrywać. Postawiła tackę na stoliku.
- Zaraz wrócę.- oznajmiła cicho i poszła na górę, skąd po kilku minutach usłyszałem szum wody z prysznica. Po kwadransie zeszła na dół w samym tylko puchatym szlafroku z dużym białym ręcznikiem na głowie. W ręce miała szczotkę do włosów. Pachniała rozgrzaniem i gorącą wodą. Zdziwiła mnie jej naturalność, przynajmniej w tej właśnie chwili. Mimo braku makijażu i stylowego ubrania wyglądała pięknie. Usiadła po turecku, szczelnie się otulając miękkim materiałem na drugim końcu sofy i z westchnieniem podniosła do ust duży kubek. Skrzywiła się po przełknięciu pierwszego łyczka.
- Nie muszę ci chyba tłumaczyć kim jestem?- zapytała posyłając wymowne spojrzenie w kierunku mojej broni.
- Nie.- oznajmiłem spokojnie.
- Jedno dobre- powiedziała z małą nutką cynizmu w głosie, w którym resztę miejsca zajmowało zmęczenie. Znów westchnęła.- Wybacz mi ten mały pokaz, po jakimś czasie głód jest zbyt duży, bym mogła go kontrolować.- oznajmiła szczerze, tak po prostu. Sięgnęła po kanapkę, którą zaczęła szybko jeść. Widocznie nie tylko jej demoniczna strona była teraz spragniona pokarmu, pomyślałem z sarkazmem. Wyglądałem zapewne na równie zmęczonego, co ona. Nie spodziewałem się dnia pełnego tak osobliwych zdarzeń. Jeszcze mocniej ścisnąłem moją Krwawą Niezapominajkę, choć nie miałem zamiaru jej atakować. Nie zadecydowałem jeszcze jak mam rozstrzygnąć tę sprawę. Trudno mi było to przyznać, ale fascynowała mnie ta kobieta, nawet mimo tego, że prawie się na mnie rzuciła.
- Co pijesz?- zapytałem.
Skrzywiła się.
- Lepiej żebyś nie wiedział.- przewróciła oczami. Zrobiłem groźną minę, spiąłem się.- Spokojnie.- powiedziała porozumiewawczo.- Żartowałam.- pokazała język.- To tylko wybitnie gorzki napar z ziół na wzmocnienie. Chcesz spróbować?- Roześmiała się z mojej miny. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać kogoś, kto bez spostrzeżenia raz za razem zbijał mnie z pantałyku. A przecież ledwie się poznaliśmy. Uświadomiłem sobie że nawet nie znam jej imienia.
Chrząknąłem, by ukryć zakłopotanie.
- Jak masz na imię?- zapytałem, i pomyślałem, że gdyby ta scena miała własnego narratora, ten zapewne stwierdziłby, że to rozmowa żywcem wyjęta z komedii o dwóch skretyniałych nastolatkach. A potem znów spojrzałem z boku na swoją wypowiedź i zdziwiło mnie, że byłem zdolny w jakikolwiek sposób skomentować moje położenie, że zachowałem się jak zwykły człowiek, nie jak samotnik, którym z wyboru byłem przez trzy wieki, do tego zanurzonym w marazmie własnego bólu. Do tej pory zapomniałem już prawie jak to jest być człowiekiem. Byłem tylko maszyną do zabijania, a najczęstsze myśli jakie mi przychodziły do głowy dotyczyły jedynie sposobu zabijania i strategii.
- Anastazja, dla znajomych Nastka.- powiedziała z uśmiechem. Niesamowite, ze przy kimś takim jak ja potrafiła nie okazywać strachu. Ba! Zapewne nawet go nie czuła.
- Dawid.- przedstawiłem się. A sytuacja nadal wydawała mi się irracjonalna. I ona o tym dobrze wiedziała. Zdradzało ją rozbawienie w połyskujących oczach.
*****
Rozdział trzeci. Jej wzrokiem.
NIEME POROZUMIENIE – czyli co robić, żeby poprawić atmosferę
Wisiałam zawieszona w próżni, choć wiedziałam, że moje ciało leży jedynie cicho, acz zapewne nienaturalnie i groteskowo wygięte. Czułam ogromną potrzebę, rządzę ruchu, ataku, aż wreszcie smaku śmiertelnej duszy. Na szczęście z biegiem wielu lat nauczyłam się patrzeć na to obezwładniające zmysły pragnienie z boku. Ścierały się we mnie atawistyczny instynkt demona i moja ludzka część. Za czarnymi teraz oczyma wierzgał we mnie i krzyczał zwierzęcy głód, a człowieczeństwo płakało. Cierpiałam tak już setki lat, ale nie potrafiłam zrezygnować ze swojego życia, mimo wszystko. Wiedziałam ile jeszcze czasu będę w torturach leżała nieruchomo. Pozostało mi jedynie w tym rozdarciu odmierzać sekundy pojemne jakby mieściły w sobie małe galaktyki. Gdzieś głęboko obudziło się zastanowienie jak na moje zachowanie zareagował świeżo złowiony mężczyzna. Słowo złowiony oczywiście było niezamierzone.
Po kolejnym trylionie lat setnych części sekundy uświadomiłam sobie, że niedługo koszmar dobiegnie końca. Chwilę potem niewidzialne okowy zniknęły, i odzyskałam panowanie nad ciałem. Jak zwykle byłam bardzo wyczerpana, wyglądałam zapewne okropnie. Cała skóra świerzbiła przez oblewający mnie pot, z włosów mogłabym zapewne wycisnąć jakąś małą rzekę. Zamrugałam i spojrzałam przelotnie na siedzącego przy mnie mężczyznę. Zamarłam na ułamek sekundy, kiedy zauważyłam broń w jego ręce, którą kurczowo ściskał. Łowca! Mogłam się domyślić. Jakoś. Moje ciało było zbyt zmęczone by wytworzyć choć gram adrenaliny, więc nie odczuwałam niczego podobnego do strachu. Na szczęście nie byłam na tyle zmęczona, by przestać używać komórek mózgowych. Opanowałam się, skoro nie zabił mnie wcześniej, zapewne nie zrobi tego teraz. I tak miał sporo szczęścia, że to ja się na niego nie rzuciłam, ale widocznie jakoś to przetrawił. Przypomniałam sobie o tacce, którą wypuściłam z dłoni. Wzięłam się za sprzątanie, kontrolowanie mojego ciała nawet przy dużym stopniu zmęczenia było już teraz, po latach poznawania swoich możliwości, dla mnie błahostką. Czułam się jak manekin, kiedy powędrowałam do kuchni po swoją ziołową herbatkę. Poczułam się nieco zdradzona zachowaniem mojego gościa, bo okazało się, że byłam dla niego tylko kimś do zlikwidowania. Widocznie stulecia życia nie oduczyły mnie wrodzonej naiwności, skwitowałam w myślach. No trudno, gościnność przede wszystkim. Mój kubek na napar z koreańskiego białego Żeń-szenia prawie mi wypadł z rąk. Chyba byłam w lekkim szoku, w końcu okazało się, że ktoś na kogo mam chrapkę, jest z definicji moim śmiertelnym wrogiem, ale z drugiej strony przecież mnie nie zabił, prawda? Powinnam to chyba docenić, na pewno znajdzie się we mnie odrobina wisielczego humoru, haha. Zrobiłam kanapki i nowy napój dla gościa. Tym razem bez niepotrzebnych stacji po drodze udało mi się wszystko donieść do stolika.
- Zaraz wracam- powiedziałam cichutko, i nie czekając na reakcję ,,towarzysza'' poszłam na górę wziąć prysznic. Gorące strugi wody zmywały z mojego ciała słony pot. Rozpłakałam się. Sama nie wiem czemu. Może w końcu powinnam dać się zabić, skoro nie mogę żyć normalnie, wiecznie będąc samotną. A pierwszy facet, który od stu lat najbardziej mnie zainteresował, okazał się Łowcą Splamionych. Cudownie. Skoro tak, to to, czy będę zachowywała się jak dusza zapragnie nie powinno mieć znaczenia. Zeszłam na dół jedynie w miękkim szlafroku. A nuż może będzie miał na mnie taką ochotę, że nie będzie chciał mnie zabić? Jasne... Siedział spięty na sofie, mocno ściskając swoją broń. W sumie nawet ładny sztylecik, z wyrytymi symbolami; Koło Ashi, pierwszej łowczyni, które wyglądało jak słońce z otwartym okiem w środku i kilka mniej ważnych anty demonicznych znaków. Mogłam się założyć, że w tym cacuszku było też sporo magii, szkoda tylko, że nie potrafiłam tego zobaczyć. Na fragmencie wystającej między palcami rękojeści zobaczyłam fragment wytopionej korony jakiegoś kwiatu. Usiadłam ciężko, wzięłam łyk napoju i poczułam w ustach jego okropny smak, mimowolnie się skrzywiłam.
- Nie muszę ci chyba tłumaczyć kim jestem?
- Nie.
- Jedno dobre.- sarkastyczny ton zapewne nie uszedł jego uwadze. A skoro postanowiłam robić z tą sytuacją co mi się żywnie podoba, to mogę od razu rzucić go na głębiny.- Wybacz mi ten mały pokaz, po jakimś czasie głód jest zbyt duży, bym mogła go kontrolować.- po czym tak po prostu zaczęłam jeść kanapki. Smakowały jakbym żuła tekturę. Ech, co mi tam, najwyżej mnie zabije, zanim zdążę mrugnąć. Musi być dobrym łowcą, skoro jeszcze żyje. Pytanie tylko jak takie życie odbiło się na jego duszy.
- Co pijesz?- usłyszałam jego pytanie. W ułamku sekundy uświadomiłam sobie, że skoro po ostatnim zdaniu się na mnie nie rzucił, to nie zamierza mnie jeszcze zabić. Tylko Bóg, jeśli mogę się tak wyrazić jako pół demon, wiedział, że świadomość tego, że jestem teraz ,,bezpieczna'' nie wpłynęła na mnie kojąco... Wręcz przeciwnie. Byłam już taka zmęczona... Może jednak to życie za bardzo mnie męczy?
- Lepiej żebyś nie wiedział.- moje oczy samoczynnie w geście kpiny wywróciły się.- Żartowałam- powiedziałam kiedy zobaczyłam jego minę. Pewnie sądził, że piję krew, uwierzylibyście? Śmiechu warte. Serio, nawet mnie to rozbawiło, aż tak, że pokazałam mu język.- To tylko wybitnie gorzki napar z ziół na wzmocnienie, chcesz spróbować?- Nie, teraz to jego mina prawie rozłożyła mnie na łopatki. Gdybym lepiej się czuła pewniej już bym się tarzała po podłodze. Nie ma to jak poczucie humoru u nieśmiertelnego, albo prawie-nieśmiertelnego, albo już-nie-całkiem-śmiertelnego. Haha.
- Jak masz na imię?- chrząknął z zażenowaniem. Pewnie dopiero do niego doszło, że mnie o to jeszcze nie zapytał. W końcu już wiele razem przeszliśmy, jasne.
- Anastazja, dla znajomych Nastka.- nawet się do niego uśmiechnęłam. Nie wiedział tylko, że mam dwa imiona. Cóż- zmierzyłam go wzrokiem- może się dowie. Jakoś tak nawet poprawił mi się nastrój.-Dawid.- przedstawił się, a ja uległam wrażeniu jakby czytał mi w myślach. Nawet, chyba całkiem mimochodem, nie tyle się uśmiechnął, co rozluźnił mięśnie żuchwy.